Sojusz Lewicy Demokratycznej

Ostatnie wydarzenia

Janusz Zemke: W sprawie bezpieczeństwa Polski lewica zawsze zachowywała się odpowiedzialnie

dodano 2014-04-17 14:55 w kategorii: Ludzie

Z europosłem Januszem Zemke „jedynką” z listy SLD-UP do UE, z okręgu kujawsko-pomorskiego, rozmawia Ewa Rosolak
 
To jak, idziemy na wojnę?
 
- Nie idziemy na żadną wojnę. To polski rząd, zdominowany przez Platformę Obywatelską, próbuje wykorzystać zagrożenie na Ukrainie do podkręcania atmosfery niepokoju w naszym kraju. Nie ma żadnych informacji, by ktokolwiek miał niecne intencje wobec Polski i naszego terytorium. Sytuacja na Ukrainie jest trudna i skomplikowana, ale pamiętajmy, że różnica między Ukrainą a Polską polega także na tym, że my jesteśmy członkiem największego paktu wojskowo-politycznego, czyli NATO, i - członkiem Unii Europejskiej. Jakiekolwiek zakusy kogokolwiek wobec Polski oznaczałyby nie wojnę z Polską, ale - konfrontację z całym NATO.
 
Ale przecież prośby - i to ministra spraw zagranicznych - żeby wzmocnić kontyngent NATO w Polsce nie wzięły się z niczego?
 
- Istotnie, pan minister Sikorski wystąpił z inicjatywą przerzucenia na terytorium Polski dwóch ciężkich brygad amerykańskich. Można to rozpatrywać w różnych kategoriach: choćby - nie wprost - pytając, czy powinniśmy ożywić nasze kontakty z NATO. Jestem zwolennikiem takiego ożywienia. Ale - moim zdaniem - mamy kilka istotnych problemów. Po pierwsze: powinniśmy zwiększyć liczbę wspólnych ćwiczeń żołnierzy polskich i żołnierzy NATO-wskich. Na razie, jak na naszą 15-letnią przynależność do Paktu, tych ćwiczeń jest zbyt mało. Po drugie: wiadomo, że w sytuacji jakiegoś poważnego zagrożenia, Polska ma prawo liczyć na wsparcie bojowe całego NATO.
 
Bo wierzymy, że wtedy natychmiast pojawią się sojusznicy? Inaczej niż przez lata oczekiwany Anders na białym koniu?
 
- Otóż nie. Do wsparcia, o którym mówię, państwo, które ma je przyjąć, musi się przygotować. W Polsce, w ostatnich 15 latach, a w szczególności za rządów SLD, poczyniono sporo  inwestycji, które odegrałyby istotną rolę w przyjmowaniu pomocy NATO-wskich państw. To w latach rządów SLD zmodernizowano port wojenny w Gdyni i w Świnoujściu. Równie gruntowanie zmodernizowano siedem lotnisk: mamy tak nowoczesne lotniska, jak w Krzesinach pod Poznaniem, w Łasku pod Łodzią; zmodernizowane też zostały lotniska w Mińsku Mazowieckim, w Malborku czy w Powidzu. Do tego wykonaliśmy szereg inwestycji w bazy paliwowe oraz liczne inwestycje w stanowiska radarowe. Po trzecie: jeśli chodzi o NATO, mamy Centrum Szkolenia NATO w Bydgoszczy. Decyzja o usytuowaniu tego centrum w polskim mieście zapadła w czasach rządów SLD - w 2003/2004. Wtedy w Europie istniało tylko jedno centrum wspólnego NATO-wskiego szkolenia, w Stavanger, w Norwegii. To Polacy otrzymali zgodę i NATO-wskie wsparcie materialne na budowę drugiego takiego centrum - właśnie w Polsce. Ono istnieje do dziś, stacjonuje w nim sporo ponad 100 oficerów z państw natowskich, i co roku szkoli kilka tysięcy ludzi. Choć - moim zdaniem - te działania, to oczywiście za mało.
 
Co jeszcze trzeba przedsięwziąć?
 
- Dzisiaj bardzo potrzebne byłoby stworzenie batalionu łączności NATO. Bo wszystko zaczyna się od rozpoznania i łączności. Dlatego obecne inwestycje NATO-wskie powinny być skupione na batalionie łączności. Myślę też, że samoloty rozpoznawcze typu Avacs nie muszą - jak dziś - stacjonować na granicy holendersko-niemieckiej (1000 km od terytorium Polski, na terytorium, gdzie nie ma żadnego zagrożenia), tylko powinny zostać przeniesione do Polski. 
 
Bardzo pan to podkreśla. Dlaczego?
 
- Bo polska doktryna obronna musi polegać na przekonaniu, że w razie jakiegoś poważnego zagrożenia, każdy członek NATO nie tylko sam odpowiada za własne bezpieczeństwo, ale odpowiada za nie całe NATO. A jeśli tak, i jeśli miałyby nastąpić najgorsze scenariusze, to także Polska musi mieć zdolność do uczestniczenia w takiej kooperacji. Myślę, że sporo już potrafimy. Rzecz w tym, żeby sprawdzić to przez liczne ćwiczenia.
 
A co z propozycją ministra Sikorskiego?
 
- Dzisiaj jest na wyrost. Nie ma takiego zagrożenia, które już wymagałoby awaryjnego  przerzucenia 10 tysięcy amerykańskich żołnierzy do Polski i kilkaset sztuk ciężkiego i  bardzo specjalistycznego sprzętu. Co będzie kiedyś - nie wiadomo. Teraz nie widzę takiej konieczności.
 
W hasłach, głoszonych przez PiS w kampanii do PE, na pierwszy plan wybija się konieczność obrony polskich granic na wschodzie…
 
- PiS ma już swoje zasługi, jeśli chodzi o bezpieczeństwo Polski. Zasługą pierwszą i główną tej partii była likwidacja oczu i uszu polskiego wojska, czyli likwidacja WSI, a później - ośmieszenie polskiego wywiadu i kontrwywiadu - poprzez publikację w tzw. raporcie Antoniego Macierewicza setek nazwisk oficerów polskiego wojskowego wywiadu i kontrwywiadu. Zasługa druga to taka, że za rządów PiS-u wewnątrz MON wytworzono psychozę podejrzliwości, która spowodowała, że polskie wojsko zerwało większość kontaktów z polskim przemysłem obronnym, ponieważ uważano, że każdy kontakt wojskowego z przedsiębiorcą jest - z założenia - korupcjogenny. Ten zaszczepiony wewnątrz MON bakcyl podejrzliwości to kolejna zasługa PiS dla bezpieczeństwa.
 
Jak pan ocenia problem „Ukraina - Rosja” jako temat przewodni w polskiej kampanii do PE?
 
- Za ponad miesiąc ta kampania się skończy. W niewielkich odstępach czasu odbędzie się w 28 europejskich krajach. Charakterystyczne są problemy, wokół których poszczególne państwa starają się zogniskować tę kampanię. Wyraźnie widzę trzy różne modele. Państwa z południa Europy - głównie: Grecja, Portugalia, Hiszpania, Cypr - za oś swojej kampanii uważają wychodzenie z kryzysu i odpowiedź na pytanie: jak Unia Europejska i środki unijne mogą im w tym pomóc. Wiążą więc swoją sytuację z możliwościami, jakie ma (bo ma) UE.
 
Druga grupa państw - głównie Wielka Brytania, Holandia, Szwecja, Dania - skupiają się na sprawach związanych z migracją i losem imigrantów. Uważają, że ta fala jest zbyt duża i wymaga od nich ponoszenia zbyt wysokich kosztów. Oczywiście, nie mówią o tym, ile imigranci wnoszą do ich gospodarki i społeczeństw. Te państwa oczekują, że UE zaostrzy przepisy o przemieszczaniu się osób, choć pozostaje to w jaskrawej kolizji z podstawową zasadą Unii, głoszącą swobodę przemieszczania się.
 
Trzecia grupa - to Polska i kraje bałtyckie, których rządy (bo nie społeczeństwa) chciałyby, by ta kampania ogniskowała się wokół spraw bezpieczeństwa. Ale kiedy mówi się o poprawie bezpieczeństwa, to przestaje się mówić o UE, a zaczyna się mówić o NATO. Tak, jakby kampania do UE była kampanią do jakiegoś parlamentu natowskiego. A ja bym chciał, żeby polski rząd powiedział, co można zrobić na poziomie unijnym, żeby wzmocnić nasze wspólne - nie tylko polskie - ale i europejskie bezpieczeństwo, i jak odpowiadać za nie.
 
Rząd PO-PSL bez skrupułów wykorzystuje ukraińskie niepokoje i skupia obywateli wokół polskiej władzy (wykonawczej, a nawet ustawodawczej) bo ona jest stabilna. Chce uspokoić, czy straszyć?
- Dziś gołym okiem widać, że pan premier nie pokazuje się na tle szpitali, czy urzędów pracy, tylko - na tle samolotów, transporterów opancerzonych i przejść granicznych. Zwołuje też narady wojewodów, którym tłumaczy, jak się mają zachować, gdyby nadchodziła fala imigrantów. Przykro to mówić, ale taka jest kalkulacja PO.
 
A co lewica na to?
 
- Nie powinniśmy uczestniczyć w podgrzewaniu tej atmosfery zagrożenia. Przecież zawsze, kiedy szło o bezpieczeństwo Polski, lewica zachowywała się odpowiedzialnie. Zawsze, nie tylko w czasach rządów SLD, podkreślaliśmy, że bezpieczeństwo Polski to sprawa wszystkich odpowiedzialnych partii. A dziś PO zachowuje się tak, jakby to była tylko ich misja. Otóż - nie. Bezpieczeństwo Polski to jedna z powinności wszystkich głównych sił politycznych w Polsce. Ale trzeba te siły zapraszać, organizować, a nie - poprzestawać na rozgrywaniu spektakli wyborczych. SLD, dyskutując o polityce zagranicznej, zawsze zapraszała do konsensusu. Gorącymi zwolennikami ponadpartyjnej zgody byli lewicowi premierzy oraz lewicowy minister obrony narodowej - Jerzy Szmajdziński. Także - to muszę przyznać - Bronisław Komorowski, jako minister ON. Kiedy obserwuję dzisiejszy obszar odpowiedzialności za bezpieczeństwo, widzę inne zachowanie prezydenta i inne zachowanie premiera. Donald Tusk podnosi tę tematykę w swoim imieniu, prezydent - organizując spotkania RBN - ogromadza różne siły. Postawa prezydenta bardziej mi odpowiada. 
 
I będzie ją pan prezentował w PE, jeśli zostanie wybrany na następną kadencję?
 
- W Europarlamencie funkcjonuje 20 komisji i tylko dwie stałe podkomisje. Chciałbym mówić o obszarze, w którym staram się być aktywny, bo w życiu nauczyłem się, że są sprawy, na których się znam i takie, na których się nie znam. Moje pole działania w PE to stała podkomisja do spraw bezpieczeństwa i obrony oraz komisja do spraw transportu i turystyki. W sprawach związanych ze wspólną polityką obronną mamy poważny problem, polegający na tym, iż głównie Wielka Brytania i Holandia, uważają że Unia nie powinna prowadzić wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony, bo od tego jest NATO. Twierdzą, że jeśli UE podejmie tę tematykę, to zacznie dublować działania Paktu. Są inne kraje, w tym Polska i np. Francja, które uważają, że UE musi mieć wspólną politykę bezpieczeństwa i obrony. To oznacza, że Europejczycy muszą wziąć na swoje barki większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo - bo ono nie może zależeć wyłącznie od potęgi militarnej Stanów Zjednoczonych. 
 
W praktyce - jak pan to sobie wyobraża?
 
- Jeśli Unia chce wysłać misje do Czadu, Mali, czy Republiki Środkowej Afryki, to jej władze muszą podjąć odpowiednią decyzję. Oczywiście, musi być na to zgoda Rady Bezpieczeństwa ONZ, i dopiero wtedy poszczególne państwa deklarują swoje siły w tej misji. To trwa naprawdę długo. Czasem, żeby wszystko zorganizować, potrzeba wielu miesięcy. A kiedy dochodzi do gwałtownego zagrożenia - choć nie musi to być wcale zagrożenie o wojskowym charakterze, tylko np. klęska humanitarna - niezwykle ważny jest czas działania. 
 
Myśli pan o Haiti?
 
- I o tych setkach tysięcy ludzi, którzy tam zginęli. Tymczasem w  Europie - w Unii i w poszczególnych państwach - najłatwiej było znaleźć pieniądze. Ale znacznie trudniej - wspólny transport, który mógłby tym ludziom dostarczyć wodę. Przecież po takiej klęsce nie można czekać kilka tygodni na wodę! Dlatego zdecydowanie opowiadam się za tym, żeby Europa miała własne zdolności do działania w bardzo różnych sytuacjach kryzysowych. W komisji Bezpieczeństwa i Obrony należę do tych, którzy za takim rozwiązaniem zdecydowanie optują.
 
Coraz częściej mówi się o wzrastającej roli PE we wszystkich krajach członkowskich. Co to oznacza dla Polski?
 
- Rola PE rośnie z kadencji na kadencję, choć nie budzi to zachwytu innych instytucji europejskich. Bardzo długo było tak, że w strukturach europejskich dominowały organa wykonawcze. Było to wygodne dla wszystkich rządów, bo to one delegowały do nich swoich przedstawicieli. Dziś chcemy, żeby PE miał bardzo podobne kompetencje do innych parlamentów (stanowić prawo, przyjmować budżet, obsadzać  najważniejsze funkcje w UE - np. komisarzy, sprawować kontrolne funkcje). To nie budzi zachwytu. Ale z mojej pięcioletniej obserwacji wynika, że rządy poszczególnych państw, komisje, dyrekcje generalne - już zorientowały się, że wielu decyzji nie można podjąć bez uzgodnienia z PE. Bo Parlament Europejski to już nie  jest grono, które zawsze, i z zachwytem, podnosi ręce nad wpływającymi projektami. Czasy zachwytu już minęły. A parlamentarzyści - w zdecydowanej większości - starają się dość solidnie sprawować swoje funkcje legislacyjne i kontrolne.
 
Czy w przyszłej kadencji Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów będzie mocniejszy niż teraz?
 
- Wszystkie sondaże pokazują, że najbliższe wybory do Europarlamentu  powinna wygrać socjaldemokracja. Jeśli tak, to uważam, że szefem Komisji Europejskiej - najwyższej instytucji unijnej - powinien być przedstawiciel największego klubu, obecny przewodniczący Europarlamentu, socjaldemokrata z Niemiec - Martin Schulz; człowiek - co często obserwuję - bardzo życzliwie nastawiony do Polski. 
 
 Patrzę na polskie parady posłów PiS. Czy podobnie szarżują w UE?
 
- W PE mamy dziś 766 europosłów (po wyborach będzie ich mniej - 751), którzy nie zasiadają we frakcjach narodowych, tylko - we frakcjach politycznych. Tych frakcji jest siedem. Dwie z nich mają w praktyce ponad 60% składu parlamentu. Największa jest Europejska Partia Ludowa (260 posłów), a druga frakcja - do której należą posłowie SLD - to frakcja socjaldemokratyczna, która liczy 196 osób. Posłowie z PIS należą do frakcji partii konserwatywnej, która ma około 40 osób i składa się w dużej mierze z eurosceptyków. Dziś, razem z frakcyjnymi towarzyszami, posłowie PiS dysponują 5% głosów. Dlatego nieco mnie śmieszy, kiedy widzę jak napinają w Polsce muskuły, a w Brukseli mają możliwości, odpowiadające tym 5%.
 
Przesadzamy, bojąc się siły eurosceptyków w PE?
 
- Niestety, badania pokazują, że liczba eurosceptyków się zwiększy - we Francji, Holandii, Wielkiej Brytanii i na Węgrzech. Ale jak patrzę na koleżanki i kolegów eurosceptyków, to zawsze mam silne poczucie wzruszenia - że oni z obrzydzeniem muszą brać te wysokie europejskie pensje, gardząc instytucją, która im płaci.
 
Pan nadal chce latać między Strasburgiem, Brukselą i Bydgoszczą. Bo?
 
- Bo jestem trochę nietypowy w polskiej polityce. Kiedy zostałem posłem w 1989 roku (czekam na skromny jubileusz 25-lecia), to nieprzerwanie kandyduję w tym samym miejscu. Nie tylko dlatego, że całym życiem jestem stąd. Też dlatego, że wyborcy mają szansę ocenić mnie bardziej wnikliwie niż skoczków politycznych, którzy co wybory łaskawie zgadzają się kandydować w innym okręgu. I potem wyborcy nie mają już szansy, żeby podziękować im za miłość, która objawiała się tylko w trakcie kampanii wyborczej.
 
Stałość przynosi większe korzyści?
 
- Kandyduję do PE z najmniejszego okręgu wyborczego w Polsce (w kujawsko-pomorskim jest najmniej wyborców) i startuję według absurdalnej ordynacji (mandaty nie są przypisane do okręgów, tylko o ich zdobyciu decyduje bezwzględnie uzyskana liczba głosów). Żeby zdobyć mandat - muszę mieć relatywnie ponad dwa razy lepszy wynik, niż koleżanki i koledzy w największych województwach. Bo tam idzie do wyborów około miliona osób, a u mnie - około 350 tysięcy. Czasem porównuję to do sytuacji na bieżni. Niektórzy kandydaci na europosłów muszą przebiec do mety sto metrów, a ja - 300 metrów i jeszcze mieć lepszy czas. Jest to więc sytuacja politycznie ekstremalna.
 
Posłowie to wymyślili…
 
- Zgoda. Dlatego ze spokojem myślę, że jeśli kiedyś trzeba będzie polec - ku chwale tej absurdalnej ordynacji - to najlepiej zrobić to na swojej ziemi. Ale na razie nie poddaję się, tylko razem z setkami przyjaciół i kolegów walczymy o najlepszy wynik dla SLD. I mamy w tej walce mocne atuty.
 
źródło: Dziennik Trybuna


Komentarze

Wydarzenia

  • 400 000 podpisów pod projektem ustawy liberalizującej przepisy aborcyjne

    wczoraj o 16:45

    - Dla nas to jest swojego rodzaju konsekwencja, przez całą historię SLD walczyliśmy o prawa kobiet, zarówno te reprodukcyjne, jak i seksualne – powiedziała Małgorzata Kossakowska, przedstawicielka SLD w komitecie „Ratujmy Kobiety”.czytaj więcej»

  • SLD na Kongresie Świeckości

    wczoraj o 14:38

    W trakcie odbywającego się w dniach 21-22 października w Warszawie Kongresu Świeckości czynny udział wzięli przedstawiciele Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Prof. Danuta Waniek wygłosiła wykład pt. „Ideologia narodowa, a Kościół Katolicki”, prof. Małgorzata Winiarczyk – Kossakowska wzięła udział w paczytaj więcej»

  • Liberadzki: Kawa z fusami, czyli po turecku

    wczoraj o 11:12

    „Polska popiera, popierała i popiera starania Turcji dzisiaj o wstąpienie do Unii”… Nie czuję się z tym dobrze. Mam wrażenie, że wypowiadając te słowa, w tak zdecydowanym zresztą tonie, pan prezydent przybił pieczęć z orłem w koronie pod tymi wszystkimi wyrokami, które spadły na turecką demokrację..czytaj więcej»

  • Gawkowski: Sztafeta PO zgubiła pałeczkę już na starcie

    wczoraj o 10:18

    - Kiedy słuchałem wystąpienia Grzegorza Schetyny, to miałem wrażenie, iż wystartował w długodystansowej sztafecie, która na samym początku zgubiła pałeczkę, ponieważ okazało się, że nie może jej przejąć prezydent stolicy – Krzysztof Gawkowski skomentował nieobecność Hanny Gronkiewicz-Waltz podczas oczytaj więcej»

  • Senyszyn: Dzisiaj najważniejsze jest to, aby poszkodowany wrócił do zdrowia

    wczoraj o 09:51

    - Jeżeli my nie będziemy prowadzić żadnej narracji, to pozostanie tylko ta PiS-owska narracja, iż jest to człowiek niezrównoważony psychicznie, i że nie wiedział co robi – odniosła się prof. Joanna Senyszyn do sprawy samopodpalenia pod Pałacem Kultury i Nauki, które miało miejsce w czwartek 19 paźdzczytaj więcej»

Strony
wojewódzkie
SLD

Wybierz na mapie województwo, aby przejść dalej.